Pięć zabaw z PRL-u, które pokocha twoje dziecko

Czasy młodości współczesnych rodziców wydają się czymś wyjątkowo odległym, ale wspominanym z olbrzymim rozrzewnieniem. Pokolenie dzisiejszych trzydziesto- i czterdziestolatków mogło pomarzyć o wspaniałych zabawkach, od jakich uginają się teraz sklepowe półki. Jednak zamiast tańszych i droższych kawałków plastiku miało nieskrępowaną wyobraźnię i swobodę, której odmawia swojemu potomstwu, obawiając się prawdziwych i wyimaginowanych zagrożeń.

Wiele zabaw z okresu późnego PRL-u było zwyczajnie niebezpiecznych. Nie raz i nie dwa wracało się do domu ze zdartymi kolanami, skaleczeniami czy guzami. Rodzice wierzyli w leczniczą moc solidnej bury, a jednocześnie wyciągali plastry, aby zalepić mniej lub bardziej krwawiące rany. Po czym zachęcali potomstwo ponownie na podwórko. Tak hartowała się stal.

Reklama

Oczywiście pośród dziecięcych zabaw znajdowały się też takie, które były zasadniczo bezpieczne. Choćby gra w kapsle. Szczyt jej popularności przypadał na okresy, gdy odbywał się Wyścig Pokoju. Kapsle z butelek po napojach zmieniały się wtedy w rowery i przez pstrykanie przesuwało się je do przodu po skomplikowanych trasach. Wiele z nich było wyrysowanych kredą na chodnikach czy na osiedlowych uliczkach. Nikt nie przejmował się tym, że obok jeździły samochody.

Jednak wyższą szkołą jazdy były tory tworzone na murkach, z mostkami zbudowanymi z patyków czy skoczniami z piasku. Przebycie takiej trasy szybko i bez wypadnięcia było prawdziwym wyczynem. Po godzinach pstrykania palce były pokryte bąblami, albo rozcięciami, na które marudzący pod nosem rodzice naklejali opatrunki.

Do bezpiecznych zabaw należała też guma. Robiona z powiązanych ze sobą elastycznych tasiemek, oplatała nogi prawie każdej dziewczyny, a czasem też i chłopaków. Wykonanie serii odpowiednich skoków, tak, aby stworzyć niecodzienne figury z rozciągniętego materiału wymagało sporych umiejętności. Nie obywało się przy tym bez urazów, bo początkujące adeptki lub adepci potrafili się potykać i przewracać. Rozbite kolana i odrapane ręce ponownie trafiały na rodzicielski stół operacyjny, gdzie królowała jodyna, spirytus salicylowy i plaster. Dziś wiemy, że ranę powinno się przemyć samą wodą i nakleić odpowiedni plaster.

Za równie bezpieczną zabawę uważano grę w klasy. W szczątkowej formie przetrwała nawet do dzisiaj i na osiedlowych alejkach można znaleźć wyrysowane kredą symbole. Pokonanie całej trasy, w odpowiedni sposób było dość proste. Jednak dziewczęta, które królowały w tej dziedzinie, zmieniały często kolejność pól, utrudniając sobie i innym przeskoczenie całego toru. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Nierówne chodniki kaleczyły nogi i ręce. W domach czekała na nie najczęściej mama z podręczną apteczką.

Obrażenia wszelkiej maści przynosiła też gra w berka. Jest popularna do dziś dnia, choć w czasach młodości dzisiejszych rodziców, bywała znacznie brutalniejsza. Odbywała się też w miejscach mało bezpiecznych. Często między samochodami, na ulicach, dachach domów czy placach budowy. W ferworze pogoni i ucieczek bywało, że rozcinało się nogi o wystające z betonu kawałki zbrojeń, czy łamało kończyny po upadku z wysokości. Tutaj środki dezynfekujące i plastry mogły nie wystarczyć i trzeba było jechać do szpitala. Obok bólu związanego z obrażeniem, towarzyszył pacjentom też inny, po sążnistych klapsach od rodziców.

Jedną z popularniejszych, ale i niebezpiecznych zabaw, były skoki z huśtawki. Rozbujana do dużej prędkości, stanowiła wyrzutnię. Prawdziwą sztuką było wyczucie odpowiedniego momentu skoku, aby polecieć jak najdalej, a jednocześnie na tyle nisko, aby lądowanie nie skończyło się złamaniami. Oczywiście im wyższa była dana huśtawka, tym skoki były dłuższe. Podłoże na placach zabaw nie było miękkie...

Dziś łezka w oku kręci się, gdy wspominamy "urazowe" zabawy z młodości i prawie każdy przyzna, że nie chciałby, by jego dzieci narażały się na uszczerbek z powodu niebezpiecznych gier. Z zazdrością patrzymy też na współczesny plastry dla dzieci. My musieliśmy nosić paskudne, cięte z metra "lepce", który odklejenie wiązało się z bólem, a często jako "pamiątka" pozostawały odparzenia. Skaleczenia naszych dzieci możemy opatrywać bezpiecznymi, oddychającymi plastrami z nadrukami ukochanych bohaterów takimi jak Salvequick Minionki lub Salvequick Animal Planet.

Reklama